top of page

„Chór jest dla mnie przykładem na życie”

Rozmowa z Renatą Szyrocką, córką prof. Jana Szyrockiego – współtwórcy Międzynarodowego Festiwalu Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach.

Podczas spotkania inauguracyjnego 60. Edycji Festiwalu wspominała Pani, że miała pięć lat, gdy Pani ojciec rozpoczął festiwal. Czy pamięta Pani tamten czas?

- Nie powiem, że pamiętam dokładnie, miałam tylko pięć lat….to są raczej  przebłyski, wrażenia. Dla mnie był to przede wszystkim okres wakacji nad morzem. Miałam dużą swobodę, Tata był zawsze szalenie zajęty- nie tylko wtedy, ale przez całe życie.

Najwcześniejsze wspomnienia z festiwalu to spotkania z ludźmi. To wtedy usłyszałam po raz pierwszy obce języki. Odkryłam, że ludzie mogą mówić inaczej, kiedy przyjeżdżały zespoły z innych kontynentów, odkrywałam też że mogą mieć inny kolor skóry, wyglądać podobnie ale niezupełnie. W szarym komunizmie pojawiły się inne barwy, i to było fascynujące!

Pierwszy festiwal na który spojrzałam już nie oczami dziecka, był w roku 1972, 1973. Widać to nawet po sposobie ubierania się…na zdjęciach! Zagraniczne zespoły miały próby w Muszli albo w Domu Kultury. Tata powiedział wtedy: „chodź, posłuchamy razem i powiesz mi co o tym myślisz”. To był moment, kiedy weszłam do jego świata.

Od tego czasu zaczęłam regularnie chodzić na koncerty do filharmonii. Rozmawialiśmy o muzyce, w jaki sposób potrafi ona wpłynąć na zachowania ludzi. Zrozumiałam wtedy, że kultura ma ogromny wpływ na rozwój człowieka i całego społeczeństwa. Opuściłam definitywnie piaskowe zamczyska na korzyść refleksji. Bardzo chciałam podobać się Tacie i utrzymać moje stanowisko krytyka muzycznego! Więc chodziłam na koncerty i wsłuchiwałam się, aby mieć coś do powiedzenia!

Opisywała Pani wtedy bardzo obrazowo domowe kulisy przygotowań – mama, siostra i Pani w piżamach, tata w kalesonach, a wszędzie nuty. Jak wyglądał ten czas od prywatnej, rodzinnej strony? Czy było czuć w domu, że zbliża się festiwal?

- Szczerze? Nie. Tata zawsze pracował. Może więcej telefonów, kładł się jeszcze później spać… Ale jego tryb życia był podobny. Kiedy zasypiałam-pracował. Kiedy się budziłam-też pracował. Nawet gdy wyjeżdżaliśmy na krótkie wakacje razem, zabierał nuty i partytury. Z jednej strony zazdrościłam koleżankom zwyczajnych rodzinnych spotkań, wspólnych lodów, spacerów, z drugiej strony miałam coś czego one nie miały: ogromne poczucie wolności.

Kontynuowałam więc moje wakacje u cioci na wsi, gdzie spędzałam całe tygodnie. Spałam na sianie, zbierałam poziomki, jeździłam konno, pasłam  krowy i patrzyłam jak rosną kurczaki. Jedynym obowiązkiem była sobotnia kąpiel w misce, i obecność na mszy w niedzielę…. Prawda, że mogłoby być gorzej?

To zdecydowanie sielskie wspomnienia. Jak natomiast wyglądało dzieciństwo u boku tak charyzmatycznej osoby jak Pani tata?

- W tym okresie dziecięcym wiedziałam tylko, ze go po prostu nie ma. Tata był bardzo zajęty. Jednocześnie miał niezwykły dar bycia z ludźmi – kochał ich ponad wszystko.

Te momenty, które mi poświęcał… było ich mało, mogę powiedzieć: za mało. Były jednak tak intensywne, że w pewnym sensie rekompensowały jego nieobecność. Kiedy już ze mną był, kiedy mnie słuchał – miałam absolutną pewność, że słucha tylko mnie. Był całkowicie skupiony, nic nie mogło nam wtedy przeszkodzić.

Nie jest łatwo dorastać jako dziecko znanej osoby. Dziecko nie rozumie jeszcze, dlaczego jest inaczej traktowane, jednak zdecydowanie to czuje. Ja tego doświadczyłam bardzo wyraźnie.

Pamiętam choćby sytuacje ze szkoły. Wujek przywiózł mi z Hiszpanii niebieski tornister – kiedy wszystkie dzieci miały kartonowe. Miałam ołówek z gumką, później pisaki, których nikt inny jeszcze nie miał. To wcale nie było dobre – dzieci odbierały to jako przechwalanie się i traktowały mnie gorzej.

To poczucie inności towarzyszyło mi długo i miało wpływ na moją decyzję o wyjeździe za granicę. Mając 18–19 lat zrozumiałam, że tutaj zawsze będę „córką Jana Szyrockiego”. Byłam z tego dumna, ale jednocześnie miałam silną potrzebę skonstruowania własnej tożsamości.

Tata potrafił to zrozumieć. Mama – nie do końca. Wyjechałam do kraju, którego języka nie znałam, w czasach bez telefonów komórkowych. Dziś, patrząc na to z perspektywy, nie wiem, czy sama byłabym w stanie pozwolić na to swojemu dziecku.

Festiwal towarzyszy Pani niemal od zawsze. Czy Pani stosunek do festiwalu i muzyki chóralnej zmieniał się w czasie dorastania?

- Myślę że nie, raczej dojrzewał. Rosłam z tym. Do dziś, kiedy słyszę dobrze śpiewający chór, jest to dla mnie duże przeżycie. Bardzo lubię w muzyce chóralnej poszukiwanie odpowiedniego brzmienia, tej płaszczyzny, na której różne głosy docierają się do oczekiwanej harmonii. Fascynuje mnie też to, że różnice i różnorodność nie są przeszkodą, tylko bogactwem zespołu.

Dla mnie chór jest w pewnym sensie przykładem na życie: czasem piano, czasem forte, przyspieszyć, zwolnić…. prawda, byłoby chyba mniej chaosu?

Doświadczenie chóralne rzeczywiście może nauczyć odpowiedniego dostosowania tempa do okoliczności, jednak chór to także ludzie. Czy może z tych minionych lat są osoby, które szczególnie zapadły Pani w pamięci jako przyjaciele ojca lub uczestnicy festiwalu?

- Tak, oczywiście. Zbyszek Pawlicki, Halina Ziętal, Andrzej Mleczko, Szczepański…to filary festiwalu. Z dziećmi Zbyszka Pawlickiego wchodziłam na drzewa żeby oglądać niedozwolone dla nas filmy… a do Mamy Andrzeja Mleczko chodziło się tradycyjnie na pierogi z jagodami. Nigdy już takich nie jadłam!

Uwielbiałam też przemarsze zespołów. Chóry prezentowały się na molo i promenadzie. To była najlepsza reklama Festiwalu- żywa, radosna, obecna na przestrzeni miasta.

Lubiłam koncerty w muszli, i choć pogoda nie zawsze dopisywała, nie zniechęcało to słuchaczy - pod polem parasoli muzyka nabierała dodatkowych barw… akustyka była prawdę mówiąc beznadziejna, ale urok zachodu słońca i szum morza w tle tworzyły atmosferę niesamowicie romantyczną. I nikt nie zauważał, kiedy się gdzieś wymykałam!

Czy w takim razie rola córki współtwórcy festiwalu miała wpływ na Pani życie i wybory zawodowe?

- Na pewno tak. Widziałam ile kosztuje sława, uznanie, jak bardzo trudna jest praca z zespołem ludzi, w którym trzeba liczyć się z potrzebami każdego i wziąć pod uwagę różne cechy charakteru… może dlatego wybrałam drogę bardziej niezależną- zawód który nie wymaga ciągłego kontaktu z innymi. Tata właściwie nie miał wobec mnie jakichś oczekiwań. Mówił tylko: ”rób co lubisz, i najlepiej jak potrafisz„. Dziś powtarzam to moim córkom.

Jestem malarką. To nie jest łatwa droga, szczególnie dla kobiety, nawet w dzisiejszych czasach. Nie utrzymuję się z mojej pracy artystycznej, ale nigdy nie zrezygnuję z mojej pasji. Nadaje sensu w moim życiu, pozwala na twórczość według moich zasad. Bardzo cenię niezależność.

Jak to się stało, że zaprojektowała Pani pomnik upamiętniający Pani ojca? Czyja była to inicjatywa i jak wyglądał ten proces?

- To właściwie cała historia. Najpierw pojawiła się inicjatywa ze strony chórzystów żeby upamiętnić działania Taty pomnikiem. Planowano konkurs, komisja miała wybrać najciekawszy projekt. Nie chciałam w nim uczestniczyć jako autorka, wolałam być członkiem zespołu decydującego. Ale ostatecznie do konkursu nie doszło, i wszystko jest na razie w oczekiwaniu….

W międzyczasie pojawiła się propozycja, żeby pomnik powstał również w Międzyzdrojach.  Usłyszałam wtedy: „słuchaj, dlaczego nie ty,  w Szczecinie ma być konkurs, więc tutaj możesz to zrobić sama”. Pomysł  spodobał mi się natychmiast, tym bardziej, że miałam przy boku osoby, które bardzo wierzyły w to przedsięwzięcie. Wiedziałam też, że Tata byłby szczęśliwy….Więc zabrałam się do pracy, robiąc plan, w którym na pierwszym miejscu jest to co chcę przekazać. Następnie z jakiego materiału. Pragnęłam odtworzyć ideę Festiwalu, więc nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ludzie, setki osób, z całego świata, które spotykają się i dążą do harmonii. Zaprojektowałam więc instalację składającą się z 12 filarów: 7 białych i 5 czarnych, na podobieństwo klawiatury. Ustawionych w 4 rzędach, czyli ustawienie klasyczne chóru na scenie. Liczba cztery odpowiada także czterem głosom: soprany, alty, tenory i basy. Filary miały cokół składający się z ugrupowania małej kostki granitowej, odzwierciedlającej różnorodność językową, rasową i kulturową. Różna wysokość filarów przypominała kształt fortepianu….niestety ten projekt nie został zaakceptowany, wymagał głębokiego ingerowania w teren. Zaproponowano mi aby go zmienić, ale wtedy się wycofałam. Nie zależało mi na tym, żebym to koniecznie ja była autorką pomnika.

Wtedy to pojawiła się prośba ze strony dyrektora festiwalu, Darka Dyczewskiego, żebym zaprojektowała statuetkę, która będzie nagrodą za najlepiej wykonany utwór muzyki współczesnej. Statuetka została zaakceptowana- i ostatecznie zapadła decyzja, żeby właśnie ona stała się pomnikiem.

Mimo to obecny pomnik jest równie wielopłaszczyznowy – umieszczony na wysokości wzrostu Pana Jana Szyrockiego, jest wykonany z betonu co nawiązuje do wykształcenia Pana profesora, a jego wnętrze w kształcie profilu twarzy pozostało puste, wskazując na skromność i otwartość na innych ludzi. Jak udało się Pani zawrzeć tak wiele znaczeń w jednym dziele? Czy ten pomysł dojrzewał długo?

- Właściwie w ogóle nie dojrzewał. Nie nosiłam tego pomysłu wcześniej. Powstał niemal od razu.

W przeciwieństwie do inicjalnego projektu dla miasta Międzyzdroje, tutaj nie wyobrażałam sobie, żeby to była forma abstrakcyjna. To miał być konkretny człowiek. Nagroda imienia Profesora Jana Szyrockiego miała kojarzyć się z jego osobą. Wnętrze, pusty profil, jest całym bogactwem jego osobowości: otwarty na świat, ciekawy życia, kochający ludzi, optymista….

Reszta jest już sprawą interpretacji. Prostokątna forma to przypomnienie, że jestem malarką.

Siadam, rysuję i jest.

Ufam pierwszym intuicjom i je rozwijam. Nie szukam długo.

A co według Pani przetrwało z pierwotnej idei festiwalu do dziś?

- Myślę że zmiany są potrzebne. Nie powinno się powtarzać tego samego w nieskończoność. Co więcej, jeżeli coś jest wartościowe i sprawia dobro wśród ludzi, to powinno się to rozwijać.

Na pewno zmieniły się realia. Pierwsze festiwale trwały nawet dwa tygodnie, był więc czas, żeby naprawdę wejść w atmosferę festiwalu, nią nasiąknąć…. Dziś wygląda to inaczej, minęło ponad 60 lat! Kiedyś było też bardzo dużo zespołów, wiele z nich zagranicznych.

Zmieniła się nie tylko organizacja, ale i sposób odbioru. Ludzie inaczej dziś słuchają muzyki. Kiedyś pieśń rzeczywiście łączyła ludzi- była czymś głębszym. Dzisiaj najczęściej staje się elementem rozrywki. Poza tym jest dostępna wszędzie i o każdej porze - wystarczy uruchomić telefon.

Jakie uczucia towarzyszą dziś Pani mamie, kiedy uczestniczy w festiwalu?

- Wczoraj, rozmawiając z koleżanką, powiedziała: „wiesz, tak się cieszę, że to wciąż jeszcze trwa…”

Dla Mamy to dowód, że praca Taty przez wszystkie te lata nadal owocuje. To daje jej siłę, żeby tu przyjeżdżać- przygotowuje się do tego nawet dwa miesiące wcześniej!

Co chciałaby Pani przekazać przyszłym pokoleniom uczestników festiwalu?

- Żeby podchodzili do życia tak, jak się podchodzi do nowej partytury.

Żeby zaakceptowali, że są różne głosy, czasem podzielone jeszcze na kolejne, że tempo się zmienia, że dyrygent też bywa inny. Ale mimo wszystko, wszyscy dążymy do jednego - do piękna.

I żeby tego piękna nigdy nie zapomnieli.

Bo tam, gdzie jest piękno, jest prawda.

Wywiad został przeprowadzony przed śmiercią Pani Jolanty Szyrockiej, mamy Pani Renaty Szyrockiej, która zmarła przed jego publikacją.

  • Facebook
  • YouTube

©2021 by International Choral Song Festival in Międzyzdroje

bottom of page