top of page

„Chóralistyka nie kończy się na muzyce. Uczy odpowiedzialności, empatii i bycia razem — a wszystko dzieje się w atmosferze wspólnej pasji.”

Rozmowa z Piotrem Szulcem — Dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu Pieśni Chóralnej im. prof. Jana Szyrockiego w Międzyzdrojach

Jak zaczęła się Pana droga do funkcji Dyrektora Festiwalu?

- Można powiedzieć pół żartem, że zacząłem od… rodzinnego nepotyzmu. Moja przybrana ciocia, Halina Ziętal, była jedną z osób współtworzących festiwal razem z prof. Janem Szyrockim i Zbyszkiem Pawlickim.

Na około dwa lata przed śmiercią profesora dostałem od nich pytanie, czy nie chciałbym zaangażować się w organizację festiwalu i objąć w przyszłości funkcji dyrektora. Prowadziłem wtedy agencję reklamową i miałem już spore doświadczenie w organizacji wydarzeń, koncertów i imprez artystycznych. Właściwie od 1979 roku zajmowałem się tego typu działalnością.

Równolegle śpiewałem również w Chórze Pomorskiej Akademii Medycznej, dzisiejszego Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, i razem z zespołem występowaliśmy także podczas festiwalu.

Nigdy wcześniej nie myślałem jednak, że będę mógł współtworzyć to wydarzenie od strony organizacyjnej. Ta propozycja była dla mnie dużym zaskoczeniem.

Za jakie obszary odpowiada Dyrektor Festiwalu, których widzowie zwykle nie dostrzegają?

- Tak naprawdę działamy wspólnie — razem z Darkiem Dyczewskim i Jolą Bartczak. Każde z nas ma inne predyspozycje i kompetencje, ale nie funkcjonujemy w sztywno podzielonych rolach. Wspieramy się i współpracujemy praktycznie na każdym etapie organizacji.

To nie tylko sama organizacja wydarzenia, ale również promocja, pozyskiwanie środków, rozmowy z partnerami, szukanie możliwości rozwoju festiwalu czy optymalizacja kosztów.

Ja dodatkowo prowadzę koncerty jako konferansjer i mimo wieloletniego doświadczenia nadal przygotowuję się do każdego występu. Zbyszek Pawlicki, który robił to przede mną, miał ogromną wiedzę i niezwykły styl prowadzenia koncertów.

Ja staram się iść trochę inną drogą — mniej encyklopedyczną, bardziej swobodną i bliższą współczesnemu odbiorcy. Nie chcę zasypywać publiczności datami i życiorysami. Ważniejsze jest dla mnie stworzenie atmosfery, która pozwoli ludziom naprawdę przeżyć koncert.

Festiwal ma dziś ogromną tradycję, ale jednocześnie bardzo się zmienia. Jak znaleźć równowagę między historią a potrzebą rozwoju?

- Na pewno nie poprzez rewolucję — raczej ewolucję. Trzeba zachować tradycyjny charakter festiwalu i pamiętać o jego korzeniach. Dlatego bardzo ważne jest dla mnie choćby dalsze promowanie polskich kompozytorów muzyki współczesnej. Mamy specjalną nagrodę za wykonywanie ich utworów i uważam, że powinniśmy ją utrzymywać.

Jednocześnie zmiany są nieuniknione. Trzeba mówić językiem młodych ludzi i rozumieć współczesną wrażliwość.

Sam przez lata śpiewałem w chórze i wykonywałem te same utwory, które później słyszałem w interpretacjach innych zespołów. Dziś młodzi odbiorcy oczekują czegoś więcej — energii, emocji, ruchu scenicznego i nowoczesnej formy przekazu. Bardzo dużą rolę odgrywają tutaj dyrygenci i ich umiejętność pracy z młodym pokoleniem.

Kiedyś festiwal trwał nawet dwa tygodnie, dziś zamyka się w pięciu dniach. Staramy się jednak, żeby chóry zostawały przynajmniej dwa lub trzy dni, bo równie ważne jak konkurs są spotkania, integracja i wspólne doświadczenia. Właśnie na tym opiera się piękno chóralistyki.

Czy jest taki moment z historii festiwalu, który do dziś szczególnie Pana porusza?

- Takich momentów jest zdecydowanie wiele. Ogromne emocje zawsze budzą spotkania z zespołami z odległych krajów — choćby z Filipin. Ale bardzo mocno wspominam też koncerty Interra Pax, kiedy ludzie z różnych chórów, często zupełnie sobie nieznani, nagle tworzyli jeden międzynarodowy wspólny zespół i śpiewali jednym głosem. To były niezwykłe chwile.

Pamiętam również dziecięce chóry, które po raz pierwszy w życiu przyjechały nad morze — między innymi zespoły z Czech czy ze Śląska. Obserwowanie ich radości, zabawy na plaży i zachwytu Bałtykiem było czymś naprawdę wzruszającym.

W takich momentach widać, że chór nie tylko rozwija muzycznie, ale też wychowuje, socjalizuje i uczy życia w grupie. Dzieci uczą się odpowiedzialności, empatii, elastyczności i współpracy — a wszystko dzieje się w atmosferze wspólnej zabawy.

Które spotkania z artystami najbardziej zapadły Panu w pamięć?

- Zawsze fascynowały mnie spotkania z innymi kulturami. Bardzo ciepło wspominam chóry z Filipin, Stanów Zjednoczonych czy ze Sztokholmu. To zespoły o ogromnym poziomie artystycznym, ale jednocześnie niezwykle otwarci i serdeczni ludzie.

Szczególnie zapamiętałem Saint Jacobs Chamber Choir ze Sztokholmu i ich dyrygenta Gary’ego Gradena. Pamiętam praktycznie każdy ich koncert — od występów na Zamku Książąt Pomorskich po koncerty w Międzyzdrojach.

Z Garrym wiąże się też jedna z zabawnych historii festiwalowych. Podczas Interra Pax spotkał się ze swoim przyjacielem Rickiem Zielińskim. Okazało się, że wiele lat wcześniej założyli się o… sześć puszek piwa.

Rick pamiętał o tym przez lata i przywitał Gary’ego w Międzyzdrojach dokładnie sześcioma puszkami. Gary kompletnie się tego nie spodziewał. Obaj dosłownie płakali ze śmiechu.

Takie momenty pokazują, że festiwal to nie tylko koncerty, ale też przyjaźnie budowane przez całe życie.

Czy podczas festiwalu zdarzają się sytuacje, które początkowo wywołują stres, a później stają się anegdotami?

- Oczywiście — i chyba każdy festiwal ma swoje legendy organizacyjne. Czasem stresujemy się problemami technicznymi — brakiem internetu, nagraniami czy logistyką. Ale niektóre historie po latach wspomina się już wyłącznie z uśmiechem.

Pamiętam sytuację sprzed kilku lat, kiedy zadzwonił do nas zagraniczny chór, chyba ze wschodu, mówiąc, że już jest na miejscu. Problem polegał na tym, że my ich nigdzie nie widzieliśmy.

Poprosiliśmy więc o zdjęcie tablicy drogowej, przy której stoją. Okazało się, że zamiast do Międzyzdrojów trafili… do Międzywodzia.

Był też moment związany z Markiem Tyżewskim, który w swoim czasie prowadził koncerty, w trakcie których siedział przy stoliku blisko sceny. Zapytaliśmy go kiedyś, czy przynieść mu na ten stolik wodę, kawę albo herbatę. Odpowiedział zupełnie spokojnie: „A może barszczyk?”. Postanowiliśmy potraktować to serio i rzeczywiście mu go podaliśmy. Jego mina była bezcenna. Myślę, że właśnie takie sytuacje budują ten bardziej ludzki i swobodny charakter naszego festiwalu.

Co po tylu latach daje Panu największą satysfakcję i motywację do organizowania kolejnych edycji?

- Koncerty. Zdecydowanie koncerty. To one są sensem całego tego wysiłku. Artyści poświęcają ogrom czasu i energii, żeby tutaj przyjechać i wystąpić, a naszą rolą jest stworzyć im do tego jak najlepsze warunki.

Za kulisami dzieje się mnóstwo rzeczy — organizacja noclegów, prób, transportu, opieki nad chórami. Ogromną pracę wykonują również piloci opiekujący się zespołami.

Ale kiedy widzę zadowolony chór po koncercie i publiczność, która reaguje emocjami, mam poczucie, że to wszystko naprawdę ma sens.

Czy są marzenia związane z festiwalem, których nadal nie udało się zrealizować?

- Oczywiście. Marzy mi się sytuacja, w której chóry mogłyby przyjeżdżać na cały festiwal, a nie tylko na jeden czy dwa dni. Bardzo chciałbym też kiedyś zorganizować wspólne spotkanie wszystkich zespołów na plaży — z muzyką, ogniskiem i integracją.

Mam też nadzieję, że festiwal będzie mógł przyjmować jeszcze więcej chórów i może kiedyś ponownie się wydłuży.

Chciałbym również przywrócić nagrodę Trygława z pierwszych lat festiwalu — była niezwykle charakterystyczna i miała wyjątkowy klimat.

Na co dzień musimy jednak podejmować rozsądne decyzje finansowe i dostosowywać marzenia do realiów organizacyjnych.

Co najbardziej wyróżnia Festiwal im. prof. Jana Szyrockiego na tle innych wydarzeń chóralnych?

- Przede wszystkim miejsce i atmosfera. Myślę też, że chóry naprawdę czują się tutaj zaopiekowane. Staramy się tworzyć festiwal tak, jak sami kiedyś chcielibyśmy być traktowani jako uczestnicy.

Wynika to chyba z tego, że większość organizatorów sama śpiewała kiedyś w chórach. Pamiętamy, co było ważne dla uczestników, co działało dobrze, a co można było poprawić. I właśnie tę perspektywę staramy się dziś przekładać na organizację festiwalu.

Gdyby miał Pan jednym zdaniem zachęcić kogoś, kto nigdy nie słuchał muzyki chóralnej, żeby przyjechał do Międzyzdrojów — co by Pan powiedział?

- Przyjeżdżając do Międzyzdrojów poznasz coś, co pokochasz — choć jeszcze o tym nie wiesz.

  • Facebook
  • YouTube

©2021 by International Choral Song Festival in Międzyzdroje

bottom of page