top of page

„Już w czerwcu czuło się w powietrzu, że czas Festiwalu”

Rozmowa z Wiesławą Matusik, wieloletnią współorganizatorką Festiwalu Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach

- Jakie są Pani pierwsze wspomnienia związane z Festiwalem Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach?
Wspomnień mam naprawdę wiele! Festiwal kiedyś trwał aż dwa tygodnie, więc przygód było co niemiara – dosłownie! (śmiech). Pamiętam, że już w czerwcu czuło się w powietrzu, że „to już czas” – czas Festiwalu. To piękna impreza, choć kiedyś wszystko wyglądało trochę inaczej – biedniej. Zakwaterowanie to nie były pokoje z łazienkami, jak dziś. Korzystaliśmy z Funduszu Wczasów Pracowniczych – takie ośrodki jak Srebrna Fala, Delfin czy KASIE. Chóry z całego świata właśnie tam mieszkały.

- Na czym polegała Pani rola organizacyjna w ramach Festiwalu?
Ja zawsze mówiłam, że nie chcę, żeby moje stanowisko miało nazwę – ale byłam typowym kwatermistrzem. Odpowiadałam za zakwaterowanie, wyżywienie i wszystko, czego chóry potrzebowały. To była naprawdę ciężka praca – przez dwa tygodnie nie widziałam morza! Co dwa dni przyjeżdżały i wyjeżdżały kolejne chóry. Czasami trzeba było się sporo nagimnastykować – nie każdy dom im odpowiadał. Hotel Amber był wtedy jedynym luksusowym obiektem, ale nie było nas na niego stać.

- Jak trafiła Pani do zespołu organizacyjnego?
Halina Ziętal – założycielka i niezwykła kobieta – to ona zaproponowała mi tę funkcję. Znałyśmy się wcześniej z działalności w szkółce łyżwiarskiej w Szczecinie, gdzie byłam instruktorką. Stwierdziła, że „się nadaję” – i tak się zaczęło. Od tamtej pory Festiwal stał się częścią mojego życia. Mówię, że to jak narkotyk – jak tylko przychodzi czerwiec, to znów się tym żyje.
Razem z Teresą Dziemianko robiłyśmy wszystko – zakupy, przygotowania. To nie były czasy gotowych bankietów – jak dziś, za co należy się wdzięczność burmistrzowi. Cieszę się bardzo, że dziś świętujemy już 60. edycję.

- Z jakimi wyzwaniami mierzyliście się w tamtych latach, bez maili i komórek?
To była logistyka na papierze. Wszystko załatwiało się listownie lub telefonicznie, ale nie komórkowo. Często musiałam jeździć osobiście – miałam samochód, ale wtedy mój mąż był poszkodowany, bo zostawał bez auta (śmiech). Były też nieprzewidziane sytuacje – pamiętam chór gruziński. Mieli piękne stroje, ale nie chcieli mieszkać w willi nad morzem, tylko nalegali na hotel z gwiazdkami. Przekonywałam, że pokoje są przytulne, miłe. W końcu zostali – a potem... nie chcieli wyjeżdżać!

- Które miejsca szczególnie zapadły Pani w pamięć?
Na początku mieliśmy cały obiekt Polino – 200 miejsc! Wspaniali gospodarze, to był komfort. Później przeszliśmy do Slavi, prowadzonej przez Państwa Tomczaków – przyjęli nas jak rodzinę. A następnie prof. Dyczewski podpisał umowę z Amberem, co wcześniej było niemożliwe.

- Czy był jakiś kryzysowy moment, który szczególnie Pani zapamiętała?
Najtrudniejszy czas to oczywiście odejście profesora Szyrockiego. To był cios. Później zmarł Zbigniew Pawlicki, potem Halina Ziętal... Festiwal wtedy trochę się zatrzymał. Profesor chorował, ale był z nami niemal do końca. Wiedzieliśmy, że coś się dzieje, ale mimo to jego odejście bardzo nas dotknęło.

- Jak wyglądały relacje z chórami z zagranicy? Czy nawiązały się przyjaźnie?
Nie ja bezpośrednio się z nimi kontaktowałam, ale tak – przyjaźnie powstawały. Wczoraj choćby przyjechał prof. Benedykt Błoński z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego – wspaniały człowiek. Był też prof. Gostomski z Gdańska, a także redaktor Ryszard Robaczyński – od lat związany z „Życiem Muzycznym”, który był z nami od samego początku. Niestety, wielu z nich już odeszło. Czas jest nieubłagany.

- Jaką osobą był profesor Jan Szyrocki – nie tylko jako patron festiwalu, ale jako człowiek?
Bardzo sympatyczny, ale też bardzo konsekwentny. Jeśli mu się coś nie podobało – nie mówił nic, ale my to doskonale wiedzieliśmy (uśmiech). Był dla mnie bardzo życzliwy. Swoim spokojem mobilizował nas do pracy.

- Dlaczego festiwal był dla Pani tak ważny?
Mój ojciec śpiewał po wojnie w chórze Wojska Polskiego – był bardzo muzykalny i próbował przekazać to nam. Ja nie śpiewałam, ale miałam w sobie tę wrażliwość. Poza tym – Międzyzdroje to miejsce bliskie memu sercu. Tam poznałam męża, tam mieliśmy miesiąc miodowy. Państwo Tomczakowie zorganizowali nawet wesele dla naszego syna. Te miejsca, te ludzie – to wszystko wraca każdego roku.

- Gdyby miała Pani przekazać coś kolejnym pokoleniom organizatorów – co by to było?
Muzykę chóralną trzeba po prostu lubić. To nie jest praca, którą się wykonuje z obowiązku – to się czuje. Jeśli ktoś to czuje – niech korzysta, niech się angażuje. Bo to kształtuje i daje ogromnie dużo dobra.

  • Facebook
  • YouTube

©2021 by Międzynarodowy Festiwal Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach

bottom of page