top of page

„Muzyka połączyła ludzi na całe życie. Do dziś po ponad pięćdziesięciu latach mamy kontakt i czujemy, że tworzymy jedną chóralną rodzinę.”

Rozmowa z Teresą Dziemianko — wieloletnią współorganizatorką Międzynarodowego Festiwalu Pieśni Chóralnej im. prof. Jana Szyrockiego w Międzyzdrojach

Kiedy po raz pierwszy pojawiła się Pani na Festiwalu Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach?

- Moja historia z festiwalem zaczęła się jeszcze zanim trafiłam do organizacji. Śpiewałam w Chórze Politechniki Szczecińskiej, założonym i prowadzonym przez prof. Jana Szyrockiego. Jako chórzystka przyjeżdżałam do Międzyzdrojów od 1975 roku.

Do dziś pamiętam moment, kiedy właściwie wszystko się zaczęło. Byłam jeszcze w liceum, gdy koleżanka zaprosiła mnie na przesłuchanie do nowo tworzonego chóru politechniki. Ona została przesłuchana, a ja siedziałam tylko na widowni w auli. Nagle prof. Szyrocki spojrzał na mnie i powiedział: „A ty?”. Odpowiedziałam przestraszona, że przecież nie przyszłam śpiewać, ale on tylko powiedział: „Zapraszam”.

Zaśpiewałam kilka dźwięków, a profesor spokojnie powiedział: „Alt pierwszy, sopran drugi”. I tak zostałam.

Bardzo szybko złapałam bakcyla. Już kilka tygodni później występowałam z chórem podczas koncertów i właściwie od tamtego momentu muzyka chóralna stała się ogromną częścią mojego życia.

Po latach, kiedy wyszłam za mąż i urodziłam dziecko, szukałam pracy. Wtedy prof. Szyrocki zaproponował mi pracę w Polskim Związku Chórów i Orkiestr. Można powiedzieć, że stał się dla mnie nie tylko muzycznym mentorem, ale też przewodnikiem życiowym. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

Jak wyglądały początki pracy organizacyjnej przy festiwalu?

- Początkowo przyjeżdżałam do Międzyzdrojów głównie jako chórzystka, później stopniowo zaczęłam angażować się organizacyjnie. W latach 1988–1994 pracowałam już przy festiwalu jako kierownik organizacyjny biura.

I bardzo szybko zrozumiałam jedną rzecz — festiwal tak naprawdę nigdy się nie kończył. Kończyła się jedna edycja i praktycznie od razu zaczynały się przygotowania do kolejnej.

Moja praca polegała przede wszystkim na kontaktach z chórami, organizacji zakwaterowania, wyżywienia i prowadzeniu ogromnej ilości korespondencji — zarówno z zespołami polskimi, jak i zagranicznymi.

Trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Dziś wszyscy komunikują się po angielsku i wszystko można załatwić mailowo w kilka minut. Wtedy uczyliśmy się głównie języka rosyjskiego, dlatego przy kontaktach zagranicznych pomagali nam tłumacze języka angielskiego, francuskiego, a czasem nawet węgierskiego.

Pamiętam sytuację, kiedy do jury przyjechał dyrygent z Węgier i przez długi czas szukaliśmy tłumacza języka węgierskiego. W tamtych realiach było to naprawdę duże wyzwanie.

Lata 80. to również czas stanu wojennego. Jak wspomina Pani tamten okres z perspektywy chóru i festiwalu?

To były bardzo trudne i specyficzne czasy. Pamiętam moment, kiedy przygotowywaliśmy wyjazd chóru do Indii i na Filipiny. Wracałyśmy samochodem z próby ulicą Krzywoustego w Szczecinie i nagle zobaczyłyśmy czołgi stojące na ulicach. Do dziś mam ten obraz przed oczami. Człowiek wcześniej widział takie sceny tylko w filmach.

Mimo wszystko muzyka i chór dawały ludziom poczucie wolności i wspólnoty. Stan wojenny nie zatrzymał planów koncertowych ani marzeń o podróżach.

Paszportów nie trzymało się wtedy w domu — były zdeponowane w urzędach i dostawaliśmy je tylko na czas wyjazdów. Trzeba było zdobywać wizy, załatwiać zgody, a i tak nie każdy otrzymywał zgodę na wyjazd.

Dziś młodzi ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak wyglądało życie kilkadziesiąt kilometrów od granicy, której praktycznie nie można było przekroczyć. Wyjazdy z chórem pozwalały nam zobaczyć inny świat — kolorowe sklepy, reklamy, swobodę i normalność, której wtedy bardzo brakowało w Polsce. To dawało ogromną nadzieję, że kiedyś również u nas będzie inaczej.

Czy pamięta Pani swój pierwszy festiwal od strony organizacyjnej?

- Tak naprawdę weszłam w tę pracę bardzo spokojnie i naturalnie. Nie zostałam od razu rzucona na głęboką wodę, bo wokół byli doświadczeni ludzie — Jan Welc, Halina Ziętal czy Urszula Kazimierska. Zawsze można było liczyć na pomoc i wsparcie.

Ja zajmowałam się głównie pracą biurową, komunikacją z chórami oraz obsługą rady artystycznej. W Szczecinie odbywały się między innymi kwalifikacje chórów prowadzone przez prof. Ryszarda Zimaka.

Sam festiwal był już wtedy bardziej momentem zobaczenia efektów wielomiesięcznej pracy niż początkiem organizacyjnego stresu.

Jak wyglądała struktura organizacyjna festiwalu w tamtych latach?

- To była ogromna sieć ludzi, którzy wspólnie tworzyli festiwal. Każdy miał swoją rolę. Wiesława Matusik zajmowała się między innymi organizacją materiałów promocyjnych i gadżetów festiwalowych — co w tamtych czasach wcale nie było łatwe. Razem przygotowywałyśmy dekoracje, poczęstunki czy drobne elementy oprawy wydarzeń.

Andrzej Mleczko z Domu Kultury zajmował się również fotografią festiwalową. Kazimierz Szczepański prowadził koncerty plenerowe promujące wieczorne wydarzenia.

Codziennie rano odbywały się rady programowe z udziałem prof. Szyrockiego, Zbyszka Pawlickiego i dyrygentów. Nawet wtedy często nanoszono jeszcze ostatnie poprawki w repertuarach koncertów.

Bardzo ważną rolę odgrywali również dziennikarze i media. Festiwal relacjonowali przedstawiciele Polskiego Radia, Telewizji Polskiej i ogólnopolskiej prasy muzycznej.

No i oczywiście Międzyzdroje — wtedy zupełnie inne niż dziś. Chóry były rozsiane po różnych ośrodkach wczasowych: Posejdonie, Aurorze, Karacie czy Polino. Dominowały jeszcze dawne ośrodki Funduszu Wczasów Pracowniczych.

Jak wspomina Pani współpracę z prof. Janem Szyrockim?

- Bardzo wiele mu zawdzięczam — właściwie wszystko, jeśli chodzi o moją drogę muzyczną i zawodową.

Gdyby nie tamto przypadkowe przesłuchanie do chóru, prawdopodobnie nigdy nie zobaczyłabym tylu miejsc na świecie i nie przeżyła tylu niezwykłych chwil.

Profesor miał ogromną charyzmę i niezwykłą umiejętność jednoczenia ludzi wokół wspólnej pasji. To właśnie dzięki niemu powstała prawdziwa „rodzina chóralna”, która istnieje do dziś.

Muzyka była tym, co nas łączyło, ale potrzebny był jeszcze ktoś, kto potrafił tę energię w ludziach obudzić. Prof. Szyrocki miał właśnie taki dar.

Czy przez lata były momenty zwątpienia, czy raczej dominowała duma z pracy przy festiwalu?

- Zdecydowanie częściej czułam dumę i wdzięczność. Nie każdy miał możliwość uczestniczenia w czymś tak wyjątkowym. Atmosfera wśród organizatorów była niezwykle ciepła i życzliwa — chóry również to odczuwały.

Bardzo się cieszę, że obecni organizatorzy zachowali ten sam sposób myślenia o festiwalu i relacjach między ludźmi.

Czy jest edycja festiwalu albo konkretny chór, który szczególnie zapadł Pani w pamięć?

- Najbardziej pamiętam chóry egzotyczne — szczególnie z Filipin czy Bombaju. Ich muzyka, stroje, energia i ogromna życzliwość robiły na mnie wielkie wrażenie. Było w nich coś niezwykle naturalnego i szczerego. Do dziś pamiętam ich uśmiechy.

Czy wraca Pani jeszcze do festiwalowych wspomnień?

- Oczywiście. Gdyby nie tęsknota, nie wracałabym tutaj choćby na jeden koncert.

Każdy pobyt w Międzyzdrojach przenosi mnie z powrotem do tamtych lat. Czasem nawet trochę zazdroszczę młodszym organizatorom, że nadal mogą tworzyć ten festiwal od środka.

Dziś dzięki transmisjom internetowym mogę przynajmniej śledzić koncerty na żywo i nadal czuć tę atmosferę.

Co chciałaby Pani przekazać kolejnym pokoleniom organizatorów festiwalu?

- Żeby robili wszystko, by ten festiwal trwał jak najdłużej. Żeby nadal spotykali na swojej drodze wspaniałych ludzi i pamiętali, że muzyka chóralna ma ogromną siłę budowania relacji między ludźmi. I żebyśmy wszyscy mogli doczekać kolejnych jubileuszy tego wyjątkowego wydarzenia.

  • Facebook
  • YouTube

©2021 by Międzynarodowy Festiwal Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach

bottom of page