top of page

„Festiwal tworzą przede wszystkim ludzie — ich pasja, relacje i wspólna miłość do muzyki.”

Rozmowa z Jolantą Bartczak - Dyrektorką Organizacyjną Międzynarodowego Festiwalu Pieśni Chóralnej im. prof. Jana Szyrockiego w Międzyzdrojach

Jak zaczęła się Pani historia z Festiwalem w Międzyzdrojach?

- Właściwie wszystko zaczęło się jeszcze w czasach studenckich. Śpiewałam wtedy w Chórze Politechniki Szczecińskiej prowadzonym przez prof. Jana Szyrockiego i właśnie z tym zespołem po raz pierwszy przyjechałam na Festiwal do Międzyzdrojów. To był najprawdopodobniej 1981 rok.

Niedługo później profesor zaproponował mi pracę w Polskim Związku Chórów i Orkiestr, który odpowiadał za organizację Festiwalu. W tamtym czasie nie przypuszczałam, że wydarzenie stanie się tak ważną częścią mojego życia. Muzyka chóralna była wtedy dla nas czymś więcej niż hobby — była środowiskiem, pasją i wspólnotą. Co ciekawe, wiele osób z tamtego pokolenia do dziś pozostało związanych z chóralistyką — artystycznie albo organizacyjnie.

Na początku pracowałam jako kierownik biura. Festiwal tworzył wtedy niewielki zespół: prof. Jan Szyrocki, Zbigniew Pawlicki, Halina Ziętal i ja. Z czasem zaczęłam przejmować część obowiązków Haliny Ziętal. To był rok 1986.

Przez lata stała się Pani osobą, bez której trudno wyobrazić sobie organizację Festiwalu. Co dziś należy do Pani najważniejszych zadań?

- Od początku odpowiadałam za kontakt z chórami i właściwie zostało tak do dziś. Wiele zespołów kontaktuje się bezpośrednio ze mną w sprawach organizacyjnych i technicznych.

Ogromnie ważna jest również kontrola budżetu festiwalu: przygotowywanie wniosków o dofinansowanie, rozliczenia i cała administracyjna strona wydarzenia. To akurat najmniej lubiana przeze mnie część pracy, ale jednocześnie jedna z najważniejszych. Bez tego festiwal po prostu nie mógłby istnieć.

Największą satysfakcję daje mi natomiast organizacja wszystkiego na miejscu — od zapraszania zespołów, przez przygotowanie ich pobytu, aż po sam przebieg wydarzenia. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby uczestnicy czuli się tutaj dobrze.

Czy po tylu latach pracy coś jeszcze potrafi zaskoczyć organizatora festiwalu?

- Dzisiaj zaskakuje mnie już zdecydowanie mniej niż kiedyś. Dawniej zdarzały się naprawdę nieprzewidywalne sytuacje. Bywało, że przyjeżdżała grupa dwa razy większa niż zgłoszona, a czasami chór w ogóle nie docierał przez problemy z wjazdem przez granicę kraju.

Nigdy jednak nie obawialiśmy się poziomu artystycznego. Bardzo często znamy zespoły, które przyjeżdżają do Międzyzdrojów, dlatego największe wyzwania pojawiały się raczej po stronie organizacyjnej.

Dla mnie same Międzyzdroje bardzo mocno kojarzą się z festiwalem i pracą. Jestem tutaj co roku od dekad. Kiedy idę ulicą, ludzie często mówią mi „dzień dobry”, rozpoznają mnie. Przez lata współpracowałam z wieloma mieszkańcami i lokalnymi instytucjami. Wielu mieszkańców regularnie przychodzi na koncerty, więc naturalnie staliśmy się sobie bliscy.

Kiedy zaczynają się przygotowania do kolejnej edycji?

- Tak naprawdę festiwal trwa cały rok. Najspokojniejszy okres przypada zwykle między wrześniem a listopadem. Później zaczynają się przygotowania kolejnych wniosków o dofinansowanie, rozmowy z chórami, planowanie następnej edycji i nowy nabór zespołów.

Najbardziej intensywny moment przychodzi mniej więcej trzy miesiące przed rozpoczęciem festiwalu. Wtedy wszystko zaczyna przyspieszać — kwalifikacje chórów, zamykanie programu, kwestie logistyczne i organizacyjne.

Organizacja międzynarodowego wydarzenia bardziej opiera się dziś na logistyce czy na relacjach?

- Jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć. Oczywiście dzisiaj dużo łatwiej pokazać światu naszą działalność — mamy internet, media społecznościowe i szybki kontakt z zespołami.

Ale ogromne znaczenie nadal ma tak zwana „poczta pantoflowa”. To właśnie uczestnicy opowiadają innym chórom o atmosferze festiwalu i zachęcają kolejne zespoły do przyjazdu. To najlepszy dowód na to, że relacje naprawdę mają znaczenie.

Festiwal bardzo zmienił się przez ostatnie dekady?

- Zdecydowanie. Komputeryzacja i internet ogromnie usprawniły naszą pracę. Dziś wysłanie informacji trwa chwilę, a kiedyś komunikacja z zagranicznymi chórami była prawdziwą próbą cierpliwości.

Pamiętam jeszcze czasy pisania dokumentów na maszynie. Jeden błąd oznaczał konieczność przepisywania wszystkiego od początku. Wiadomości wysyłane pocztą docierały tygodniami, odpowiedzi wracały równie długo i nigdy nie mieliśmy pewności, czy zagraniczny zespół rzeczywiście przyjedzie.

Bywały też telefony od służb granicznych z pytaniami, czy znamy daną grupę i czy bierzemy za nią odpowiedzialność. Niedawno podobna sytuacja dotyczyła chóru z Białorusi — mimo formalnego zaproszenia artyści nie otrzymali wiz i nie mogli do nas dołączyć.

Zmieniły się również same Międzyzdroje. W latach 80. i 90. największym problemem była baza noclegowa. Dziś miasto wygląda zupełnie inaczej.

Kiedy mijam hotel Aurora, przypominają mi się wieloosobowe pokoje nad restauracją i tarasy pokryte czarną papą. To był zupełnie inny świat. Dzisiaj standardy są nieporównywalnie wyższe.

Czy uczestnicy z różnych krajów mają dziś inne oczekiwania niż kiedyś?

- Myślę, że dziś te różnice bardzo się wyrównały. Dawniej, szczególnie w czasach komunizmu, zagraniczne zespoły często nie wiedziały, czego spodziewać się po Polsce. Niektórzy byli pozytywnie zaskoczeni, inni porównywali warunki do festiwali organizowanych we Francji czy Niemczech, z którymi pod względem komfortu nie mieliśmy szans.

Największym problemem była wtedy infrastruktura noclegowa. Jednak na przestrzeni lat Międzyzdroje bardzo się rozwinęły.

Czy był moment, kiedy mimo wszystkich trudności pomyślała Pani: „warto było to wszystko robić”?

- Takim momentem był na pewno pierwszy festiwal po śmierci prof. Jana Szyrockiego. To było dla mnie niezwykle trudne doświadczenie. Miałam wtedy poczucie ogromnej odpowiedzialności i wiele razy zastanawiałam się, czy damy radę dalej prowadzić to wydarzenie.

Wiedziałam jednak, że festiwal musi zachować ciągłość.

Nie mamy własnej sali koncertowej ani własnego zaplecza technicznego, dlatego organizacja zawsze wymagała ogromnej współpracy i zaangażowania wielu osób. Dziś mamy bardzo dobre relacje z Międzynarodowym Domem Kultury i wsparcie miasta Międzyzdroje — organizacyjne, promocyjne i finansowe. Dzięki temu festiwal może się rozwijać.

Jak wygląda współpraca między stroną organizacyjną a artystyczną festiwalu?

- Z Darkiem Dyczewskim znamy się od bardzo wielu lat i mamy do siebie duże zaufanie. Regularnie spotykamy się, rozmawiamy o sprawach festiwalowych i wspólnie synchronizujemy działania.

Część artystyczna zdecydowanie należy do niego, ale czasami potrzebujemy trochę więcej czasu, żeby organizacja mogła nadążyć za ambitnymi pomysłami artystycznymi.

Każde z nas wie jednak, za co odpowiada i w czym czuje się najlepiej. Nie potrzebujemy szczegółowo rozpisanych zakresów obowiązków — po prostu działamy razem.

Co tworzy wyjątkową atmosferę Festiwalu poza samą muzyką?

- Przede wszystkim ludzie i miejsce — właśnie w tej kolejności.

Łączą nas relacje muzyczne, ale też zwyczajnie ludzkie i przyjacielskie. W środowisku chóralnym ludzie zawsze znajdują wspólny język. Wszyscy chcemy, żeby uczestnicy czuli się tutaj dobrze i byli mile widziani.

Ogromne znaczenie mają też same Międzyzdroje. To miejsce kojarzy się z odpoczynkiem, spokojem i początkiem lata. Wielu uczestników przyjeżdża tutaj specjalnie co roku właśnie na czas festiwalu.

Gdyby festiwal miał trwać przez kolejne pokolenia — co chciałaby Pani przekazać jego przyszłym organizatorom?

- Żeby robili ten festiwal z pasją i tak, jakby robili go dla siebie oraz aby dbali o chórzystów, aby Ci czuli się na festiwalu dobrze – bo bez nich nie byłoby Festiwalu.

  • Facebook
  • YouTube

©2021 by Międzynarodowy Festiwal Pieśni Chóralnej w Międzyzdrojach

bottom of page